Pętla rozumiem, ale dlaczego krwawa. Tego nie wiedziałem zapisując się na ten maraton już dwa lata wcześniej. Natomiast rok temu się nie odbył z covidowcyh zawirowań. Przyszedł ten moment dzień startu. Przygotowań nie było za wiele zmiana kół z szosowych na gravelowe i jazda :). 250km po lasach okalających Warszawę. Mapka na końcu postu.

Nie tak łatwo nie było, ale przygotowanie roweru nie zajmuje mi dużo. Więcej przygotowanie samego siebie np. co spakować i co zabrać do jedzenia i picia. Tym trudniej, że taki maraton w lesie mam do czynienia pierwszy raz.

Dzień zapowiadał się upalnie a dostęp do sklepów nie pewny to dlatego pała decyzja na bukłak. Dobrze mi znany kiedyś tylko na szosie jeździłem z bukłakiem. Tutaj w lesie wybór był oczywisty. Duże bidony 750ml czy 900ml zaraz by wyleciały w powietrze na pierwszym korzeniu. A do tego komfort picia z bukłaka jest o niebo lepszy niż z bidonu. Można precyzyjniej dozować tak cenny ładunek. To picie mam już załatwione teraz kilka batonów własnej roboty i mamy już problem z głowy picia i jedzenia.

Do bazy startu dojechałem bez problemów Warszawa jeszcze spała w głębokim śnie. Na miejscu już ustawili się pierwsi zawodnicy co uniemożliwiło mi wjazd na ogólny parking na stadionie. Szukam pobliskich uliczkach jest miejsce. Mija mnie Pan z szyderczym uśmiechem że to miejsca prywatne osiedlowe. Patrzę, szukam żadnej informacji nie wiedzę. Ale jeśli tak mówi hmm wole mieć spokojną głowę przez jazdę niż myśleć czy mi auto nie odholują. Znalazłem inne nawet lepsze. Rozpakowuje się i śmigam na start.

Znajome twarze się pojawiają. Witam się z krajanem z mojego miasta i Wolfem z ultramaratonów. Odbiór pakietu startowego i GPSu.

Pogłaskanie czarnego kota na szczęście i można startować.

Ostatnie sekundy i ruszamy. Grupa ostatnia i widzę że jedna z mocniejszych. Po starcie nie ma oddechu 500mm kostki i od razu wjazd w las. Ścieżka dość wąska i myślę nie łatwo będzie wyprzedzać.

Zaczynamy w Miedzylesiu przez Stara Miłosna, Rembertów. Nie jest łatwo ścieżki są dość wąskie i gęsto naszpikowane korzeniami jak wystające belki z ziemi. Przez te korzenie słyszę że moje koło już ociera o ramę oho to już się najechałem. Zwalniam aby nie pogorszyć sytuacji. Część grupy już ucieka. Trudno sprawdzę później co się dzieje. Jest chwila oddechu wyjazd z lasu i jazda po asfalcie. Grupa wyraźnie mi odjeżdża. Widzę opuszczone szlabany doganiam ich będąc z tyłu jakieś 50m. W całej tej euforii zapominam sprawdzić co z kołem spuściłem tylko lekko powietrze z opony myśląc, że dałem za dużo ciśnienia. Szlabany się podnoszą i znowu słyszę obcieranie opony fuck. Jednak to nie ciśnienie. Grupa ucieka ja odpuszczam bo nie mogę cisnąć. Myślę już czy się wycofać. Wjeżdżam do lasu spokojnie okolice Zielonki. I myślę to nie może tak się skończyć. Sprawdzam koło widzę że przez te korzenie jednak zapinka była chyba zbyt lekko zapięta. Luzuje ustawiam koło dokręcam i zapinam. Piasty wiem że są już na wyrzucenie bo im mocniej zaciskam tym koło zupełnie nie ma gładkości toczenia. Po zakręceniu kołem od razu staje w miejscu. A trudno albo jadę tak z zaciągniętym hamulcem albo wcale. Zaciskam koło wsiadam nic nie obciera, ale czuje jakby ktoś mnie z tyłu trzymał. Trudno daje w kite i ogień w nogach. Trzeba nadrobić co stracone.

Tak jadąc jak nakręcony zupełnie nie nie wiem gdzie jestem. Aż tu nagle pokazują mi się słynne schody w Nieporęcie haha. Niedługo po nich słyszę z boku chcesz wody ?? A ja chętnie, Zdejmuje bukłak ale widzę niewiele ubyło jak na 43km jazdy w upale. Ale coś dobre parę ml wody na plus. Dziękuje chłopaki 🙂 Poznaje tylko koszulkę Wisła 1200 😛

Szybko mijają kolejne lasy. Jadąc przez Chotomowskie też zupełnie nie opętuje się gdzie jestem. Telefon pika czytam sms. Od Brata że jestem nie daleko niego w Sierdach. Faktycznie wyjeżdżam z lasu i droga prowadzi przez ścieżkę na wał w Nowym Dworze Mazowieckim. Nie dano tu jechałem pokonując pętle 11 mostów z Warszawy więc teren wału znam jest ok. Jednak zaskoczenie wał nie przypomina tego jakim jechałem. Dosłownie urokliwe trawy sięgające po twarz :). Ścieżka tak wąska że słychać tylko obijające się łodygi traw o rower i buty. Na szczęście jest moc i nie przeszkadza mi to a czuje się jakbym jechał jakimś dżipem rozpędzonym słyszał stukot obijających się kłosów o maskę. W oddali widzę zbliżające się postacie na rowerach. Tylko jak teraz wyprzedzić. Ryzykuje zjazd na gęstą trawę. Wyprzedzam, nie wciągnęło 😛 jadę dalej.

Widzę już most ma Wiśle. Teraz szybkie podejście i jestem już na ścieżce. Chwila oddechu i powiew wiatru z koryta rzeki. Moje nogi całe jakby ktoś je okładał rózgami. Choć jadę na gravelu nie staram się cisnąć na asfalcie. Doganiają mnie dwoje których wyprzedziłem na wale. Skręcamy na Kazuń. Mijam wiadukt nad S7 i teraz kita do przodu. Ten odcinek jest już mi znany przejechałem go rok temu cześć która jest w Kampinosie. Kolejny wał przy Wiśle. Tutaj sytuacja gorsza niż na odcinku NDM. Widać że nikt tędy nie chodzi. Jadę w tej gęstwinie. Doganiam kolejnego uczestnika widzę że jedzie dołem. zjeżdżam z wału mało co bym nie wywinął orła tak mnie trawy wciągnęły. Dojeżdżam do Grochale Górne a tam we wiosce dzieci z markami rozdają zimna wodę. Uff jaka ulga wypijam pół bidonu na raz. Bo mam mały 500ml na samą wodę. Ruszam dalej bo zrobiło się gęsto :).

Teraz zaczyna się Kampinoski Park Narodowy. Odczucie że się jedzie na swoim całkiem inne niż w obcym lesie. Mijam trochę piaskowych odcinków, ale to nic co mnie czeka pod koniec trasy. Puki co jedzie się przyjemnie. szerokie ścieżki piachu mało. W okolicach Leszna spotykam samochód z pełnym bagażnikiem wody, kruchymi ciasteczkami i banany. Myślę szybko ktoś sklepik otworzył na czas wyścigu. Myślę spoko wodę jeszcze mam. Podjeżdżam już kilku uczestników stało i się zaopatrywało w cenny towar :). Jak się okazało to jeden z kolarzy który zrobił taki super bufet i powiedział że w taką pogodę nie mógł nas Wszystkich zostawić bez wody. Super że ludzie mają taki dar i potrafią poświęcić czas i pieniądze. Jeszcze raz dziękuję. Zjadłem banana kilka ciastek napiłem się z kubeczka i odjechałem. Z całej tej euforii zapominałem najważniejsze napełnić bidon i bukłak. Ale ze mnie …. Cóż wracać się nie będę. Cała ta sytuacja dała mi kolejnego kopa do kręcenia.

Wyjeżdżam z Kampinosu dokręcam do Rokitno Majątek znane tereny jak wilanowskie GASSY. Dopada mnie kryzys nogi jakby nie kręcą do tego te słońce po za lasem jest palące. Jeszcze wiatr niby na plus ale co z tego jak pod wiatr. Oszczędzam wodę bo czyje że bukłak lekki. Dojeżdżam do Brwinowa po drodze jeszcze kogoś mijam. Kompletnie nie wiem na jakim jestem miejscu. To w sumie już nie ważne aby dojechać. Najważniejsze że już połowa minęła teraz już niby z górki. Ale nie daje mi w głowie spokoju informacja jednego z uczestników (Jak się okazało 2 na mecie) że najgorsze jeszcze przede mną. Ciekawe czy powiedział to z dobroci czy aby dobić :P. Znajduje sklepik zatrzymuje się widzę że ktoś mnie mija. No cóż trzeba coś zjeść i zatankować bak :). Zatankowany ruszam jak z pod stacji benzynowej ociężały jak lokomotywa tłusta a pot z niej spływa i tłusta oliwa ah jak gorąco uf jak gorąco.

Pokonuje las Sękociński i las Młochowski, wjeżdżam nasypy pod nową trasę ekspresową podobno. I droga się urywa nie wiem gdzie jechać. Im dalej jadę też tym mniej śladów opon co oznacza że coraz mniej jest przede mną rowerzystów. Skręcam w lewo mega kałuża śmierdząca zielona prawie jak jezioro. Pcham się dalej nie to nie tu to nie może być tu. Wycofuje się patrzę jest w gęstwinach jakaś ścieżka jadę. I ukazuje się przede mną strumyk. Za stromo i szeroko by przejechać ale jest upał wchodzę w butach. Czuje jaka zimna uuuuuuuu i zatrzymałem się tak ma minutę. Czułem jak moja krew zamienia się w lodowatą rzekę płynąca dookoła ciała. Najlepiej jakbym się położył na płasko. Moczę ręce i twarz, ruszam dalej. I wynurza mi Lokomotywa z wagonami kolejki wąskotorowej. Uwielbiam kolej z zaciekawieniem patrzę, ale ok gdzie mam jechać dalej. Pociąg stanął konkretnie na przejściu na drugą stronę. W chwili zakłopotania w którą stronę mam jechać dogania mnie jeden uczestnik. On chce w drugą stronę ja mówię w tą. Ok stawiam na swoim i jadę. Jest ok wracam na dobrą drogę.

Wjeżdżam w lasy Chojnowskie i dopadł mnie czarny scenariusz piachy piachy piachy. Myślałem że w KPN jest czy są największe ich pokłady. Biorę je rozpędem ale tam gdzie są już tak głębokie moje wąskie opony nie dają już rady. Dogania mnie Paweł, daje mi motywację aby jeszcze pocisnąć. Moje morale upadają widząc to jak on lekko kręci a ja muszę wciskać w pedały wszystko co mi zostało. Po dłuższym odcinku piachów czy kolejnym ich odcinku mówię jak chce niech jedzie swoje. Nie mam szans go utrzymać przy kolejnych kałużach piachu. Ucieka mi za zakrętami aż znika. Mi opadły chęci i moc ducha. Klnę w głowie każdą drobinkę piachu. Widzę jakieś bunkry i znowu kolana piachu idę na pieszo klnę. W końcu wychodzę z tego przeklętego piacholasu. Odsłania się Góra Kalwaria. Tam dojeżdżam do Pawła stoi przy sklepie z innymi uczestnikami, bo razem mówiliśmy że zatrzymujemy się na kolejnym sklepie.

Kupuje w tubie dla dzieci musy i zjadam od razu. Tankuje wodę i pepsi do plecaka. Ruszam z nową czwórką Paweł zostaje jeszcze w sklepie. Trochę pokręciłem razem z nimi ale dla mnie to za wolno na asfalcie. A wiem że jak będą znowu piachy to i tak mnie dogonią. Żegnam się i daje do przodu. Znikają mi z lusterka. Teraz już ostatnia prosta. Po drodze z plecaka jednak mi ginie pespsi. Nie ma nic gorszego niż coś co tracisz a miałeś na to ochotę. Wjeżdżam sam w lasy niedaleko Celestynowa. Gęstwina jak w Kambodży. Kto tędy poprowadził trasę. Jadę naglę odzywa się wahoo że zjechałem z trasy !!?? Jak gdzie nić na bok nie było. Wracam się nic nie widzę, rozterka co robić. Wracam jeszcze raz patrzę w ten skręt na liczniku faktycznie coś tam jest. Tak gęsto zarośnięte że nawet psu nie dał bym tam wjechać. Mówię sobie wszystkie kleszcze teraz bedą moje. Uf widzę połamane gałęzie czyli jednak jadę ok a kleszcze już strącone haha. Dojeżdżam do miejsca które chyba było mówione w komunikacie że coś trzeba było ominąć. Droga się urywa. Stoję jak ten Pawlak na lotnisku i teraz siedź o placz. żadnej ścieżki jakaś kałuża jakieś śmieci. Ok idę bo jechać się nie dało. Dostrzegam ślady jakby kopyt to muszą być buty kolarskie. OK jest dobrze ktoś tedy jechał. Nakle jakaś zapora z drzew i suchych krzaków. Obchodzę to pieszo i nagle ścieżka i wyjazd z lasu.

Na wysokości Otwocka 230km wjeżdżam w kolejny kawałek lasu i zawiesza mi się GPS w wahoo. Jadę i kompletnie nic na ekranie się nie rusza. Stoję jak dąb w lesie i nie wiem co mam zrobić. Zapisuje ślad kończę aktywność resetuje wahoo. Wczytuję trasę, zajęło mi to z parę minut. I słyszę już kolegów dogonili mnie. Cieszę się, bo pojadę z nimi. Nagle wszyscy stoimy bo wszystkim gpsy zwariowały w garminach też. Po chwili wszystko wróciło do normy. Oczywiście nie odbyło się bez fragmentów piachu. Wyjeżdżamy z lasu a ja mam już dość lasu. Tylko maże że te ostatnie 15-20km będzie asfaltem. Nic takiego znowu las i to wzdłuż rzeki Mienia odnoga od Świdra. Wysokie urwiska na wąskich ścieżkach. W jednym momencie prawie że ścieżka w powietrzu z boku widać tylko wystające korzenie a droga jakby zaraz miała runąć w dół do rzeki. Robi się coraz ciemniej ale plan był aby dojechać za dnia. Nie mogę już ile może być tego lasu. Las las las. Tutaj leżące drzewa, trzeba schodzić z roweru, kolejno pochylać się, bo drzewo na wysokości głowy. Nie wyobrażam sobie przejechać to w nocy więc. Gaz gaz aby zdążyć.

Na liczniku ostatni 1km jaka to piękna cyfra 0,9, 0,8km a las się nie kończy. W końcu kostka sprint parę metrów i jestem na mecie ufff. Poinformowany że 4 miejsce nie zagrożone. I zaskoczenie że tak wysoko.
Wspólne fotki ostatnie. Chwila dla organizmu bo nic nie chciało mi się jeść. Dopiero po 30 minutach zjadam dość dobry makaron z kurczakiem :))). Przed północą myję się kładę spać DOBRANOC.

Wracając do początku wpisu „Pętla rozumiem, ale dlaczego krwawa” teraz już wiem, na dłoniach bąble, tyłek poobijany, nogi czarne, całe ciało zmęczone i umęczone. To nie tylko przejazd to też szybka i ciągłe spoglądanie na nawigację w dużym powiększeniu aby nie zboczyć z trasy. Myślałem że drogi będą poprowadzone przez główne szlaki w lasach a tu odwrotnie. Wąskie ścieżki mocno zarośnięte. Gdybym wiedział co mnie czeka hmm pewnie bym się nie zapisał nie mając roweru MTB. Pokonać to na gravelu jest bardzo ciężko. Lubię pokonywać trasy których nie znam więc była to dla mnie duża niespodzianka co mnie spotka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *